"Montparnasse-Levallois"

Autor: Ninétte Nerval, Gatunek: Proza, Dodano: 13 stycznia 2015, 19:05:50

Nad Odeonem wyłaniał się paskudny krzykliwy billboard napastujący pytaniem: A czy Ty jesteś gotów umrzeć za swoją tożsamość skonstruowaną w 5 minut ? wyhodowaną na kompleksie Agamemnona i późnomodernistycznym resentymencie, Byciu w świecie, bełkocie starego nazisty, zapytaniu czyli temu, co stoi ZA pytaniem? To, co nie jest aporią, nie jest warte sporu, nie jest frag-würdig – warte, godne pytania. Dobrze wiedział, że prawdziwe pragnienie jest niezaspokajalne, że to co upragnione nie dopełnia go nie znosi, ale przeciwnie wzmaga. Najszlachetniejsza ex contingentibus ( z rzeczy przygodnych) w przyjętym sposobie niebycia być niejako swoją przeszłością, dokonywać destrukcji ja lekką ręką hazardzisty, który wie, że jego postanowienia o zaprzestaniu gry zostały unieważnione. Unicestwiać swoje wczorajsze "ja" czyniąc je przedmiotem swojej wnikliwej uwagi spełniając potrzeby nienasyconej publiki. Oto stawka! 
Jego nieustające upadki w codzienność i złudzenia będące tym dla dorosłego, czym zabawa dla dziecka, niczym wynalazek niemiecki Auseinandersetzung- „rozprawa”, ale nie tyle „z kim” i „z czym”, ile „o co”, w której nie chodzi bynajmniej o ukazanie racji jednej ze stron, lecz którą podejmuje się na uciechę „rzeczy samej”. 
Weźmy na przykład taki bulwar, skwer, plac, jedną z miejskich arterii, czy choćby ulicę, zwykłą w swej przygodności ulicę jako fono i teosferę, przestrzeń rozerotyzowania - nieustanne przenikanie się spojrzeń, dotyków, smaków w ich transcendującej immanencji, stanowiącej całość cielesnej tkanki świata. Świadomość, która za wszelką cenę chciała stać się ciałem i tylko ciałem, wśliznąć się weń na jeden z możliwych sposobów albo spojrzenie... wyzwalające namiętność, histerię, wstyd. To pod wpływem stanowiącego katalizator wzmagający w podmiocie pragnienie obiektu, spojrzenia innego osiągał świadomość własnej seksualności. Choć Rue Malebranche była pusta, dało się jednak posłyszeć kroki. Jasne było, iż nad kimś kto czuje się śledzony ciąży imperatyw, by rzucić się do ucieczki tylko po to by zaspokoić atawistyczne potrzeby nienasyconej publiki. Pomylił kroki i wpadając w nerwowe metrum i niemalże synkopowany rytm, zniknął w Rue le Goff. Jedak spojrzenie innego nie dawało wytchnienia, miał wrażenie, że wpadł w pułapkę zastawioną przez sieć odbitych spojrzeń, które śledzą.
Uczyli go tego na Sorbonie, seminarium z fenomenologii ciała u prof. Etienne Pret—Mourir. Ten, kto widzi może posiąść widzialne tylko jeżeli sam jest przezeń posiadany, jeżeli do niego należy [s`il en est]1, jeżeli, z zasady, zgodnie z tym, czego wymaga związek spojrzenia i rzeczy, jest jednym z bytów widzialnych, który wskutek szczególnego odwrócenia staje się zdolny do widzenia ich, on, który jest jednym z nich - jak mawia pewien znany francuski fenomenolog. A czy Ty jesteś gotów umrzeć za swoje prawo do powagi i patosu? - mordercze hasło z kolejnego billboardu wbijało mu się jak nóż w plecy. Niewątpliwie były to pytania dezorientujące przeciętnego Niemca. 
Jak wiadomo cała kultura niemiecka była umocowana na powadze, będącej przemocą nienegocjowalności tego co a priori i innych równie mętnych imponderabiliów. Powaga filozofii niemieckiej była powagą monumentalną, by nie powiedzieć grobową, obejmującą wszystkie teorie nieprzejednane, wszystkie niewzruszone pojęcia przymocowane na wieczność do swoich desygnatów niczym solidne nieprzesuwalne niemieckie meble. O tak! Perwersja ociężałej myśli niemieckiej! Ciężar ten miał w sobie coś wybujałego, zachęcał do dekonstrukcji. Najsilniejszymi atrybutami powagi były rzeczy związane z kapitałem i filozofią, banki i uniwersytety niemieckie to instytucje powagi. Kapitał to sfera powagi, myśl Kanta to obrzydliwie uporządkowana sfera powagi. Nawet zdrowie społeczne było w Niemczech sferą powagi! Niemcy z ich ekonomicznymi programami eutanazji, patosem niewinnych na pozór praktyk klasyfikacji, mierzenia głowy, badaniami, definiowaniem pojęcia rasy, wzorowanymi na tabelach groszku Mendla tabelami żydowskości, niemiecką koncepcją czystości i brudu, architekturą czystą, purystyczną bez ozdób, patetycznym gestem wykluczenia za pomocą architektury. Cała przestrzeń różnorodności schwytana w paradygmacie tożsamego i niezmiennego Jednego. Wreszcie ostatnia i fundamentalna ostoja powagi- język niemiecki ze swoją substancjalizacją wszystkiego, co płynne i nieuchwytne. Patos tkwiący w tym obrzydliwie niepodważalnym języku! Krępujący myśli ratio i logos niemczyzny:
„Czy nie jest niedorzecznością mówić, że nie rozumiemy sensu diagnozy? – Cóż, można by odpowiedzieć: lekarze nie są zupełnie bezradni wobec tej diagnozy. Wypróbowują przynajmniej pewne metody diagnozowania; w tej mierze zaś, w jakiej wypróbowują pewne metody, rozumieją tę diagnozę. – Ale czy rzeczywiście? Czy nie rozumieją jej tak kompletnie, jak tylko można ją rozumieć?”2 - pisze największy niemieckojęzyczny filozof XX wieku. Tymczasem on jak każdy szanujący się dandys i w dodatku Francuz miał w sobie dozę melancholii i poczucie utraty, ów nieznaczny, ale pozwalający czerpać zeń przyjemność ślad powagi. W Paryżu wszystko, co święte, ulegało profanacji, jedno ginęło w drugim, szybkość życia, prędkość zdarzeń i estetycznych zanurzeń w tym mieście wypłukiwała zeń wszelką treść. Pieniądz ślizgał się z obrzydliwą nieuchronnością po kontuarze i światłowodzie. Muzyka poważna (sic!) umarła w ślepej uliczce ewolucji, zastąpił nowoczesny szwindel ekstemporyzatoriów na syntezator i taśmę.
Całe miasto rozdygotane i rozgadane w geście nihilistyczno-uliczno-gówniarskim. Jakże on nie cierpiał zbierającej się w kawiarniach w celu zbiorowej gadaniny chattering class. Czuł się romantykiem, żyjącym zgodnie z rytmem, w rozgorączkowaniu rzucał się w strumienie życia, które podsuwało mu miasto, pasaże i bulwary, w których wylewał się cały chaos, w mieście w którym nazwanie kogoś "plugawą dziwką" było równoznaczne z oskarżeniem o bycie-w-bycie. Sam żył w mieszkaniu, które było kompletnie improwizowane, postanowił w nic nie inwestować w przekonaniu, że za chwilę wszystko się skończy. To nadawało egzystencjalnej powagi tej prowizorce. Czy za powagę tej prowizorki byłbyś gotów poświęcić swoje życie, lub choćby czas, nerwy i pieniądze? -wrzeszczał neonowy billboard. 
W tym chimerycznym mieście na krawędzi zapaści — jak pisał Marks — „wszystko, co stałe, wyparowywało”, gravitas rozmywała się w ironicznych pasażach, Nietzscheański „duch ciężkości” z nieznośną regularnością ulatniał się ku formom autodestrukcyjnie wybujałym i przelotnym, nieudanym wakacjom w Limoges, które miały być wakacjami na Riwierze, płytom Yvesa Montanda, warsztatom samochodowym między Montparnasse a Levallois, instruktażowym folderom o szumnych nazwach: "Co to jest rewolucja?", służącym do nagrywania płyt kabinom przy Gare du Nord....automatom do robienia zdjęć, w których przeintelektualizowane dziewczęta znające się na Bergsonie i Sartrze, ale nie mające pojęcia o życiu ponieważ rodzice trzymali je pod kluczem, pokazywały cycki za 15tys franków a piękni młodzi kontestatorzy puszczali się w rozmaitych formach wybujałego indywidualizmu z lewakami, którzy słuchali amerykańskiej muzyki, palili tłuste Boyardy ciesząc się życiem bez przeszłości i bez przyszłości, instruowani telefonicznie zapośredniczeni przez Żydowski Brooklyn, jedyni którzy potrafili odpowiedzieć na pytanie o to: "Czym jest rewolucja?"nie odwołując się do pojęć ucisku klasy robotniczej.
Pogoda była zwodnicza tamtego sobotniego popołudnia, ciepłe letnie powietrze niosło w sobie pewien niepokój, czuł się jak gdyby znowu miał trzynaście lat i szykował się na pierwsza randkę.

Komentarze (1)

    • Kamil Z
    • 15 stycznia 2015, 22:15:14

    Pod takim tekstem ciężko wypowiedzieć coś sensownego. Bardzo dobre pisanie.

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się