Montparnasse-Levallois

Autor: Ninétte Nerval, Gatunek: Proza, Dodano: 20 stycznia 2015, 19:29:25

 

Beaubourg wieszczył katastrofę zagłady kultury masowej przez same masy, to święte śmietnisko zmagazynowanych wartości, ohydne śmietnisko nieskrępowanej ekspresji, skazane na rychłą degradację tępo prosiło się, by je porzucić, by pozwolić mu sczeznąć i zgnić. Owszem, Beaubourg niewątpliwie był potworem, pojedynczym zdarzeniem w historii architektury, ponieważ nie przedstawiał dosłownie niczego, wymykając się swojej programowej, zaplanowanej dla niego egzystencji i ulegając metamorfozom, będącym albo wynikiem celowej intuicji albo wynikiem zdarzeń, których nikt się nie domyślał, ani nie oczekiwał. Ten reprezentujący punkt bezwładności, pojedynczy obiekt tworzył dziurę w przestrzeni miasta. Kiedy skończył z napawającą go wstrętem budowlą spostrzegł przechadzających się przed zdesakralizowaną Fontanną Niki de Saint Phalle wyznawców kultu Stockhausena w siedmiokolorowych garniturach dopasowanych do cyklu siedmiu oper na siedem dni tygodnia Licht. To właśnie w tym miejscu pięcioletni Stockhausen zastanawiał się czy nie zostać piłkarzem. Co by było gdyby Stockhausen został piłkarzem? Na samą myśl dostawał serii zimnych dreszczy, aby uwięziony w uniwersum wielkich kontrfaktycznych okresów warunkowych wpaść do dusznej od zapachu sztucznych kwiatów, zapachu mocno zaciśniętych kolan stałych bywalczyń - studentek Instytutu Filozofii, jego ulubionej słynnej księgarni La Hune, gdzie pośród dzieł wielkiej literatury, opasłych wolumenów nauk humanistycznych i ścisłych zawsze można było natknąć się na rozmaite nowinki wciśnięte między Blanchota i Arystotelesa. Wraz z nadejściem nowego sezonu wydawniczego księgarze La Hune pracowali przez dwadzieścia cztery godziny na dobę i przez siedem dni w tygodniu, w czym dorównywali jedynie okolicznym sklepom z alkoholem, wykazując niezdrową tendencję do ekspozycji smakowitych dziełek piętnastowiecznych traktatów, o rozmaitych patologiach i perwersyjnych przygodach ciała. „Przygody popędu”, „Sztuka wydalania” i „Uroki pedofilii” czy „ O radościach samobójstwa” cieszyły się dużym wzięciem znikając systematycznie z półek. Te bijące rekordy popularności publikacje zostawiały w tyle dawno już zapomniane dzieła laureatów Nagrody Nobla, Goncourtów lub Akademii Francuskiej. Żeby dostać się do półki ze wspomnianymi pozycjami najpierw należało pokonać witrynę zawaloną powieściami wydawnictwa HhhH o których na łamach Le Magazine littéraire, z nieznośną regularnością rozpisywali się krytycy, setkami powieści napisanych w bibliotekach, parkach przez znudzonych niedoszłych pisarzy i filozofów. Le Magazine littéraire było wyrocznią. W Paryżu każdy miał na koncie minimum trzy tomiki, kilka dramatów i co najmniej tuzin zbiorów krzyżówek. Ponieważ La Hune musiał każdego miesiąca rozdysponować kilkanaście ton papieru, wydawnictwo HhhH publikowało wszystko, co tylko wpadło mu w ręce. Pamięta jak właściciel księgarni kilka lat temu zachęcał go do wydania czegoś niewielkiego i niezobowiązującego, co pozwoliło by wydawnictwu wyrobić tygodniową normę trzystu minimum piętnastostronicowych powieści, które mogłyby zalegać w Domu Taniej Prozy przy 7 place de Clichy w razie inspekcji rektora. Gwoli ścisłości, szanowny czytelniku, musisz wiedzieć, że La Hune miał też umowę z Domem Taniej Prozy, której musiał dostarczyć raz w roku minimum dwa i pół tysiąca niesprzedających się powieści Wydawnictwa HhhH, co akurat nie należało do specjalnie trudnych zadań. Dom Taniej Prozy miał, zaś umowę z Uniwersytetem, który przekazywał mu znaczne sumy, opłacał czynsz, prąd i wi fi w zamian za dożywotnie posady dla tutejszych absolwentów Instytutu Filozoficznego. Kiedy La Hune nie miało nic ciekawego do zaoferowania, ratunkiem były odwiedziny w antykwariacie Le Temps Retrouvé przy rue St Jacques 174 choćby w czasie wakacji, kiedy niespodziewanie odczuwało się gwałtowny brak ponurej literatury. W godzinach szczytu pachniało tam niczym w męskiej szatni po treningu, antykwariusze reklamowali nową serię dzieł egzystencjalistów w wersji paperback posługując się sloganem Wiedebauma: „Z doświadczenia wiem, że widoczne z półek tytuły: "Bojaźń i drżenie", "Choroba na śmierć", "Egzystencja i tragizm" czy "Mdłości" robią fantastyczne wrażenie na gościach.” Istotnie nie przeczytać Heideggera czy Sartre'a byłoby czymś niewybaczalnym dla dyplomowanego filozofa, ale gdzie zaczynały się jego czytelnicze powinności? Tamtego popołudnia półki były nieźle zaopatrzone świeżym towarem. Załoga antykwariatu uwijała się w obsłudze klientów skwapliwie uzupełniając zapasy filozoficznych perwersji. Między kiepskim czterotomowym wydaniem „Dzieł zebranych” Goethego z 1954 roku a reprintami pism Hegla z młodopolskiej edycji Lipkensteina, dostrzegł francuskojęzyczny egzemplarz Zaratustry Nietzschego, o który zabijała się tłuszcza zapoconych, napalonych na filozofów cwaniaków- bibliofilów, tuptających między półkami w ponurym korowodzie grzbietów i obwolut, dysząc, śliniąc się i ukradkiem obrzucając się złowrogimi spojrzeniami. Wyglądał o wiele lepiej niż trzy wyleniałe tomy Dróg Wolności za dwanaście franków, w które zeszłej wiosny zaopatrzył się u lokalnego cinkciarza. W przeważającej części były to fragmenty odrzucone przez autora, który uczynił tak z jakiegoś powodu i należało, rzecz jasna uszanować jego decyzję. Sam, kupując zgwałconą francuską składnią "Wolę mocy" oraz ten wolumin, miał wyrzuty sumienia, jednak przekonał siebie, iż będąc wielbicielem, a przez to znawcą twórczości Nietzschego, może sobie na taki gwałt pozwolić. W końcu był turystą, nie podróżował w celach poznawczych ale dla przyjemności. Tamtej wiosny nadciągał zły czas dla takich jak on. „La Hune” zamykali już o zmroku, więc niewiele myśląc postanowił opuścić tę miłą przestrzeń bibliofilii kierując się do pobliskiej kawiarnii wychylić szklaneczkę niezawodnego Pinota. 

Komentarze (0)

Musisz być zalogowany, żeby dodawać komentarze. Zaloguj się
Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się